Kupiłam sobie depilator. Pierwszy w mojej karierze, wcześniej nie bawiłam się w taki profesjonalizm.
Różowy.
Żeby umilić sobie życie.
Zgrabny, mały, wygodny. Ze specjalną końcówką ograniczającą ból, o!
Najpierw – dla pewności, zajrzałam do instrukcji obsługi. Ot tak, żeby się ewentualnie poinformować, w którą stronę przesunąć guzik, żeby uruchomić tę skomplikowaną maszynę. Wertując strony w owej instrukcji i szukając wyjaśnień w języku polskim natknęłam się na dziwne rysunki. Nie spodobały mi się, wyglądały jak jakieś wymyślne tortury. Uśmiech spełzł mi na chwilkę z twarzy, ale po chwili o tym zapomniałam, bo w końcu za arabskimi robaczkami znalazłam polską wersję tych mętnych wskazówek.
Czytając pierwszą stronę dowiedziałam się, gdzie stacjonuje firma brAun, jakie spełnia wymagania, ile filii posiada, ilu zatrudnia ludzi i jakie są ich kwalifikacje. Drugiej strony nie było.
Dałam temu spokój, w końcu przyciśnięcie guzika nie wymaga instrukcji obsługi.
Podłączyłam urzędzenie do prądu. Ach, słodkie, różowe cudeńko. No też włączyłam.
Hałas jakie wydało z siebie to cholerstwo zerwał mnie z krzesła. Zawału mało nie dostałam.
No, ale zaliczam się do odważnych, więc dotknęłam tej wijącej się bestii. I się zaczęło.
Let the Mortal Kombat begin! Eos vs Depilator FIGHT! Choose your destiny. Flawless victory.
Cholera, trzeba było kupić wibrator.