Maluję się czerwoną szminką. Czuję krew. Dzisiaj zamordowałam dziewicę. Spaliłam jej duszę. Zabawiłam się.
Gwiazdy na niebie migotały.
Zimny wiatr rozwiewał moje włosy.
Czerwone iskry rozświetlały noc.
Zabiłam kochanków mojej bogini. Adonisa, Tammuza, Ozyrysa. Ona ma kochać tylko mnie. Ja wiem, że wrócą. Niedługo. Lecz do tej pory zdąże posiąść tą rozkosz. Ona mi ją da. Moja bogini.
Dzień zrównał się z nocą. Światło wygrało z ciemnością. Harmonia natury, wiosna.
Kurwa, nie. Śnieg pada.
Eostre, bądź moją.
“Chodzę po ziemi jak przyjaciel, a nie jak władca.
Bogini Matko i Bogu Ojcze wypełnijcie nas,
Poprzez tę roślinę ciepłem dla wszystkich żywych istot.
Nauczcie nas czcić ziemię i wszystkie jej skarby,
I niechaj wiedzy tej nigdy nie zapomnimy.”
Ostara, ot co.
To… jest modlitwa?
Tak. Część rytuału.
Muszę przyznać, że brzmi to fascynująco.
To przecież radosny dzień. A we wpisie raczej nie czuję wyniosłego optymizmu. Czy nie?
Trafiony. Jest tylko tępe rozgorycznienie i żal.
I wcale nie za zimą ^^
Wierzę, że to minie. Prędzej czy później, lepiej – prędzej.